Kopiowanie i rozprowadzanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione. Obsługiwane przez usługę Blogger.

czwartek, 8 listopada 2012

"Looper" - tacy sami a jednak różni [ Co w filmie piszczy]


Ostatnio obejrzeliśmy głośny ostatnimi dniami tytuł "Looper - Pętla Czasu". Byliśmy bardzo ciekawi tego filmu, gdyż opis fabuły wydawał nam się bardzo interesujący. Ponadto w głównej roli wystąpili Bruce Willis i ucharakteryzowany nie do poznania Joseph Gordon Levitt. Zapoznaliśmy się z tym filmem w bardzo podobnym czasie i jak się okazało - nastąpił pewien wyjątek od reguły głoszącej nasz niemal identyczny gust filmowy. Oczywiście nie ma wielkiej rewolucji, obojgu nam "Looper" się podobał z tym, że jednemu bardzo natomiast drugiemu umiarkowanie. Taka różnica zdań skłoniła nas do podjęcia nowatorskiej na naszym blogu formy konfrontacji autorów bloga :) Nie spodziewajcie się większych tarć czy krwawych dialogów w połączeniu z obijaniem sobie pysków. Niemniej, przygotujcie się na dialog pokazujący kwestie bezsporne jak i te które nas poróżniły. A zatem do dzieła!

Dwayne: Hudson, jak myślisz, dlaczego tym razem nie mamy w pełni zgodnej opinii? W końcu razem lubimy ten gatunek, obsadę jak i oryginalne scenariusze. Przychodzi mi do głowy nasza różnica zdań co do "Łowcy Androidów". Co ciekawe, znów spotykamy się ze zjawiskiem niezgody przy okazji filmu science-fiction.

Hudson: To jest bardzo ciężkie pytanie gdyż faktycznie kino science fiction bardzo lubimy. Może tutaj chodzić o pewnego rodzaju klimat którego w niektórych filmach w tym gatunku po prostu mi brakuje.

Dwayne: Klimat mówisz...Jeśli chodzi o moje odczucie co do tego aspektu przy "Looperze" to wyjątkowo mi on odpowiadał gdyż zbudowało go położenie nacisku przez reżysera na opowiedzenie zajmującej historii kosztem akcji pędzącej na złamanie karku. Dodatkowo, podobał mi się też nieprzesadzony klimat przyszłości odległej od nas o około 30 lat. W zasadzie świat wygląda tak samo ale zmieniły się troszkę realia.

Hudson: I może właśnie tutaj tkwi ten problem. Jeżeli chodzi o filmy osadzone fabularnie w przyszłości to ja lubię gdy mamy do czynienia z klimatem mocno postapokaliptycznym albo gdy występuje w nim wysoko zaawansowana technologia. W "Looperze" tak jak mówiłeś czas akcji jest umiejscowiony w niedalekiej przyszłości i tamten świat się tak mocno nie zmienił od otaczającej nas rzeczywistości. Dlatego właśnie nie widzę w tym filmie pełnoprawnego filmu science-fiction.

Dwayne: Bardzo ciekawe zdanie ale zgodzę się tylko połowicznie. Klimat postapokaliptyczny jak i przedstawiający wysoką technologię w kinie przyszłości jest mi również bliski i bardzo doceniam takie filmy. Jednak tutaj ten brak zupełnie mi nie przeszkadzał gdyż rekompensował to zajmujący scenariusz. Nie mogę się z Tobą zgodzić w aspekcie w którym nie klasyfikujesz "Loopera" jako pełnoprawny film science-fiction. Wydaję się, że motyw podróżowania w czasie w zupełności wystarcza do sklasyfikowania tego typu dzieła.

Hudson: Pierwszy punkt naszej różnicy zdań mamy wyjaśniony. Występowanie machiny czasu, latających motorków i delikatnie futurystycznej broni dla mnie nie wystarcza do tego aby określić ten film mianem pełnoprawnego przedstawiciela science-fiction.

Dwayne: Ok, wszystko kumam. Jednak mam inny argument opowiadający się za pełnoprawnością gatunku. Mianowicie motyw zmutowania niektórych ludzi. Pierwsze co może nasuwać się na myśl to seria X-Men czyli sztandarowy motyw fabularny tej serii. Jednak według mnie zostało to wplecione w fabułę umiejętnie i dobrze rozwinęło najważniejszy aspekt fabularny filmu. Zdaję sobie sprawę, że przez część widzów może zostać uznany jako niepotrzebny i wręcz zerżnięty z X-Men. Czuję, że i Tobie ten motyw zupełnie nie odpowiadał. Mam rację?

Hudson: Dokładnie tak, trafiłeś w samo sedno. Dla mnie motyw z mutantami w tym filmie nie był zupełnie potrzebny. Jeżeli mam być do końca szczery to te sceny mocno obniżyły mi ocenę filmu. Miejscami czułem się jakbym oglądał wspomnianych przez Ciebie X-Menów. A mały bohater- Sid bardzo przypominał mi postać Magneto z wyżej wymienionej produkcji. Dla mnie złamało to dosyć brutalną konwencję filmu i wprowadziło dziecinne elementy.



Dwayne: Czyli tak jak się spodziewałem, ten motyw zupełnie Ci nie podszedł. No ja odniosłem się do tego wyżej więc bez sensu powielać tamto zdanie. Wtrącę się jednak do tych "dziecinnych elementów". Nie odniosłem takiego wrażenia gdyż, w tym aspekcie - dziecinnym, najbardziej poruszało mnie działanie bohatera granego przez Willisa. Jakie? Tego oczywiści nie wymienię, bo Ty na pewno wiesz o co mi chodzi a po co spoilerować czytelnikom istotny element filmu. Kończąc wątek Sida - mi też on kogoś przypominał, jednak z zupełnie innej bajki. Ja widząc go, miałem "na końcu głowy" Omena - oczywiście tego klasycznego. Chodzi o pewien...diaboliczny aspekt.

Hudson: No to bardzo ciekawe co powiedziałeś, nigdy bym się nie spodziewał, że porównasz Sida do głównego bohatera z "Omena". Cóż, widocznie czasami potrafimy sami siebie zaskoczyć. Skoro już jesteśmy przy tej młodszej części obsady to porozmawiajmy trochę o tej starszej ale niewątpliwie ważniejszej. Tutaj podejrzewam, że nasze zdanie będzie zgodne bo mi zarówno rola Bruce'a Willisa który udowodnił, że na aktorską emeryturę absolutnie się nie wybiera. W filmie pokazał się z takiej strony jak najbardziej go lubię, czyli, żeby to powiedzieć krótko - w stylu "Szklanej Pułapki". Partnerujący mu Levitt w sumie nie odstaje od Bruce'a i pokazuje, że może zagrać tak naprawdę każdą rolę. Jedyne co mi się w obsadzie nie podobało to obsadzenie w roli czarnego charakteru Jeffa Danielsa. Nie mówię, że zagrał źle. Ja po prostu go wolę w innego rodzaju kinie.

Dwayne: A już myślałem, że będę mógł się wreszcie od początku zdania z Tobą zgodzić :) A jednak zaskoczyłeś mnie. Mi, Daniels w tej roli zupełnie nie przeszkadzał, bo oprócz, wymienionej już przez Ciebie wartości zagrania swojej postaci, podobała mi się zmiana jego klasycznego image'u. Ciekawie było zobaczyć gościa od furgonetki przerobionej na psa w roli bezwględnego mafijnego bossa. No ale to jak widać, różnica poglądów. Co do reszty obsady absolutnie się zgadzam, tym bardziej, że mówiąc żartobliwie "skradłeś" mi określenie na Willisa. Faktycznie oglądają go w tym filmie miałem momentami przed oczami Johna McClane'a w tej twardej wersji, nie humorystycznej. Świetny prognostyk przed "walentynkową" - "Szklaną Pułapką 5", nawiasem mówiąc. A co do Levitta, super rola. Tym bardziej, że momentami przypominał młodego Bruce'a nie tylko dzięki świetnej charakteryzacji ale również bardzo udanym naśladownictwie tego aktora. Dodam jeszcze krótko, że pojawiająca się w głównej roli żeńskiej Emily Blunt była przyjemna w odbiorze, a w niektórych ujęciach dawała radę nawet jako nasz słynny "element estetyczny" :D



Hudson:   Dobrze, zatem przejdźmy teraz do reżyserii i scenariusza.

Dwayne: Czekałem aż o tym wspomnisz.

Hudson: Nie ma się co dziwić, bo jakby nie patrzeć są to istotne elementy filmu.

Dwayne: No ba!

Hudson: Ale do rzeczy.Zarówno jedno i drugie stoi tutaj na dobrym poziomie. Film jest brutalny, występuje w nim spora ilość tzw. "fucków" a ogólna historia jest oryginalna i ciekawa.Jedynym moim zastrzeżeniem są sceny które rozgrywają się na farmie gdyż moim zdaniem były one po prostu nudne.

Dwayne: Tak, ewidentnie postawienie na "film dla dorosłych" było strzałem w dziesiątkę, gdyż dobrze współgra to z fabułą i paradoksalnie dodaje filmowi realizmu.Zgodzę się, że scenariusz jest oryginalny, bo z takim pomysłem na pracę zawodowego zabójcy jeszcze się nie spotkałem. Ponadto zestawienie ze sobą dwóch tych samych postaci z różnego okresu życia wzmagało moją ciekawość w trakcie filmu i byłem ogromnie ciekaw jak się to rozwinie i do czego zaprowadzi. Co do Twojego zastrzeżenia co do farmy. Zgodzę się połowicznie. Fakt, było kilka nudniejszych momentów ale biorąc pod uwagę, że praktycznie druga połowa rozgrywa się w całości na niej, to gdybym tak uważał musiałbym ocenić ten film znacznie niżej. Co sądzisz na temat efektów specjalnych, zdjęć i muzyki czy stricte technicznych elementów filmowego rzemiosła? Dla mnie świetne wyważenie proporcji akcji, dialogu sfilmowane w bardzo ładny sposób. Niestety jednak muzyki nie zapamiętałem, co świadczy o jej nie najwyższym poziomie. Hm?

Hudson:  Ze strony technicznej, największe wrażenie zrobiły na mnie bardzo dobre zdjęcia. Myślę, że podkręciły one trochę realizm tego filmu. Efektów specjalnych tak jak już wspomnieliśmy wcześniej, nie ma tutaj za dużo ale nie są one aż tak bardzo potrzebne. Tak jak mówiłeś, te braki genialnie nadrabia fabuła. Podobne odczucie do Twojego, mam odnośnie muzyki. Nie przeszkadza ona w oglądaniu filmu ale na pewno nie będzie to soundtrack w który się wyposażę i będę go słuchał w zimowe wieczory.

Dwayne: Tak, soundtrack na poziomie Batmana to to nie jest...Na pewno nie dostarczał by mi takich wrażeń podczas nocnej jazdy autem, jak wyżej wspomniany ;) Ale to temat na inną dyskusję. Myślę, że możemy przejść do wspólnego podsumowania i kończąc wydajmy werdykty. Ja daję 9/10. A Ty?

Hudson: A ja daję, 7,5 na 10.

Jak więc przeczytaliście, nasze zdania nie są zbyt rozbieżne ale różnią się o 1,5 punktu. Zbierając do wszystko do kupy : "Looper" to film warty obejrzenia ale nie jest na pewno produkcją zasługująca na porównania typu "Matrix tej dekady" czy "Nowa Incepcja". Dystrybutorzy srogo przesadzili i nawet gdyby ktoś uznał, że jakość filmu dorównuje tamtym klasykom to cała fabuła jest zupełnie inna. Jedyne podobieństwo to gatunek. Co do którego była wyżej taka rozkmina ;) Polecamy i ciekawi jesteśmy, czy taka forma recenzji Wam się podobała. Jeśli tak, to myślę, że przy pewnym wysiłku znajdziemy jeszcze parę produkcji które poddamy naszemu dialogowi. A jeśli nie, to pewnie i tak będziemy to robić, bo tak ;)

Dwayne & Hudson 

poniedziałek, 5 listopada 2012

Promienie namiętności - część trzecia [ Z Pełnym Jajem]



Minęło wiele zachodów i wschodów palącego słońca na terenie południowoamerykańskich pampów. Wielki tropiciel El Maria Desperados de Rutko nieprzerwanie pędził w stronę Akakuppo. Sygnałem zbliżania się do   wakacyjnego kurortu - przecudnej osady rybackiej była nagle pogarszająca się pogoda. De Rutko przyzwyczajony do spalanych słońcem powierzchni siarczyście klął pod wąsem.
- Leje i leje deszcz jebany, aż czuję się jak robol do gówna wygnany.
- Jednak zlecenie dane od góry, wjeżdżam do miasta i szukam tej rury, Madonnowej niegrzecznej córy.
Jak powiedział, tak uczynił, strzelił ostrogami w koń, pociągnął lejca, podrapał się w jajca, drąga poprawił, pistolet nabił i przypadkowego przechodnia przypadkiem zabił. 

Niesforni kochankowie, prawie jak z Werony, ale jednak nie, zdążyli już zapomnieć o zostawionych w oddali problemach rodzinno - stajennych. Armando Zorro de la Vega zaplanował na ten wieczór coś wspaniałego. Postanowił swoją ukochaną Mirandę Esmeraldę Kinszasę zabrać na dansing. Z uwagi na kiepskie warunki pogodowe w kurorcie, magnaci dyskotekowi zmontowali klub 58 kilometrów od centrum, co daje 57,5 kilometra poza granicami miasta. Zorro aby urozmaicić ten wieczór postanowił zabrać tam swoją ukochaną pieszo - coś takiego jak romantyczny spacerek. Kinszasa zachwycona romantyzmem de la Vegi była tak wniebowzięta, że wyjątkowo nie narzekała na wydobywający się smród z kieszeni kochanka, gdzie jak mawiał trzymał szczęśliwe końskie dropsy z gówna, bo przypominały otocznie w jakim pierwszy raz się poznali. Bystry Zorro wtrącił jeszcze w trakcie marszu iż obsypujące się kawałki gówna mają zastosowanie kubek w kubek do rozsypywanych przez Jasia i Małgosię okruszków co by nie zgubić się w lesie. Armando de la Vega szczycił się, że jego pomysł jest udoskonalony, bo okruszki były zżerane a gówna jak określił "nic nie zeżre bo jebie". Romantyczny marsz właśnie się rozpoczął i długo nie miał się jeszcze skończyć. Po prostu trwał, trwał i jeszcze wiele razy trwał.



Tymczasem, borem lasem, wielki łowczy de Rutko wtargnął do malowniczego zalanego rokrocznie deszczem i innymi opadami Akakuppo. Natychmiast wszczął śledztwo wśród miejscowego rybactwa. Wielu z nich nie wytrzymało tego okrutnego kontaktu, gdyż jak pamiętamy borykał się on z długoletnią awanturą ze szczoteczką do zębów. Większość jednak zaznajomiona z zapachami zaiste rybnymi owy kontakt wytrzymywała. Po przepytaniu 637 tysięcy rybaków i padnięciu 394 tysięcy z nich znalazł się jeden niemowa, który znał odpowiedź na każde pytanie de Rutki, ale z niewiadomych powodów nie odpowiadał na nie. Po dwóch godzinach "dialogu" wściekły, nieposiadający kartki papieru i ołówka Desperados de Rutko wypalił 70 na 100 możliwych naboi w sylwetkę rybaka, po którym po tej operacji została tylko cisza.  Szczęśliwie dla łowczego kolejnymi osobami byli znający kochanków, małżeństwo Flamenco di Aires z domu Samba de Sancho Pansa. 
- Pytam się was ja grzecznie czy mieszkacie już tutaj wiecznie? - zaczął de Rutko
- Odezwali się jednym głosem - Mieszkamy od czasów gdy świeciło tu promienie a ich namiętność połączyła nasze serca.
- W dupie mam wasze historie, powiedzcie mi gdzie znajdę Madonnową Sodomę i Gomorie.
- Nie wiemy co dokładnie masz na myśli. Czy szukasz jakiś osób czy taniego burdlu?
- Głupota i prostactwo od was bije, nie powiecie gdzie Zorro z Kinszasą to okrutnie zabiję. Faceta za jaja na drągu zawieszę, kobietę inaczej pocieszę.
- Trzeba było od razu tak mówić. Znamy ich naturalnie, bardzo miła para. Mieszkają w tym domu za Panem.
Wielkiemu łowczemu opadła z wrażenia szczęka, gdy zobaczył wielki afisz nad owym domem " Zorro i Kinszasa witają was w swych włościach. Poszukujących nas z polecenia Donna Madonny ozięble żegnamy."
Być może de Rutko nie przeżyłby takiego szoku, gdyby nie fakt że przez kilka godzin, odprawiając poszukiwania okrążał owy dom z 10 tysięcy razy. Gdy pozbierał swą szczękę z podłogi i zanalizował jakim jest debilem, wpadł w lokal z impetem przez drzwi wraz ze swym koniem, przywalił łbem w futrynę i zemdlał.



Przenieśmy się teraz dla odmiany do niezasnutego mgłą, chmurami i ścianą deszczu Las Rias de Las Janeiras.  A tam najgłupszy z potomstwa Madonnów Alejandro Jajo Kapsztad odrabiał pracę domową z matematyki. Należy dodać, że Kapsztad po 15 latach w drugiej klasie podstawówki uzyskał promocję do klasy trzeciej. Niestety podobnie jak w początkowych latach edukacji nowy materiał do nauki sprawiał mu nie lada kłopot. Dość powiedzieć, że przy działaniach typu 239 + 43 wynik uzyskiwany przez gamonia wahał się w granicach obszaru liczbowego w zakresie od jeden do trzydziestu. Alejandro nie mógł pojąć jakim cudem istnieć mogą liczby, przewyższające takie zjawiska, jak jego wiek czy ilość pesos w jego śwince skarbonce. Nie wiedzący co dzieje się ze swoją córką Don Madonna postanowił zadbać w akcie desperacji o resztę dzieci. Jego pierwszym postanowieniem była pomoc w nauce synowi - Jaju. Gdy usiadł koło syna przy biurku i zaczął robić obliczenia matematyczne na palcach, wyszło mu, że wynik nie przekracza dwudziestu bo więcej palców po prostu nie miał. Zniechęcony porażką matematyczną zapytał Kapsztada co tam z geografii? Gdy Kapsztad powiedział o kartkówce z południowoamerykańskich stolic, don Madonna wstał i wyszedł, ponieważ przekonany był, że na kuli ziemskiej, znajduje się jeden ląd zwany Pangeą. Wychodząc z izby lekceważąco stwierdził, że za jego czasów edukacja nie była taka głupia. Chcąc nie chcąc w jego głowie znów pojawiła się seria przypuszczeń gdzie jest jego córka i jakie zadanie zakodował sobie w głowie de Rutko.



Po przejściu 57 kilometrów zakochana para, straciła już podeszwy w butach i mówiąc kolokwialnie nogi skróciły im się o długość stóp do kolan. Cała droga na ekskluzywny dansing przebiegała przez plażę na której nie wiedzieć czemu dało się posłyszeć małpie pomruki i sowie pohukiwania. Kinszasa przytomnie stwierdziła, że po piasku o wiele łatwiej iść na bosaka. No ale w końcu po kilkunastu dniach udało im się dotrzeć do dyskoteki "Ryba Pariba Dolce Wita". Co wydarzy się w dyskotece? Czy para w ogóle da radę się na niej poruszać? Czy Jajo Kapsztad obliczy rachunki? I wreszcie czy de Rutko odzyska przytomność i w końcu znajdzie swój cel? Na te pytania, odpowiedzi wszyscy poznamy w kolejnej części albo jeszcze kolejnej, albo... tego na tą chwilę nie wie nikt ;)

Dwayne&Hudson

środa, 31 października 2012

"Coś" na Halloween [Z pełnym filmem]


Halloween. To święto nie jest w Polsce tak hucznie obchodzone jak w krajach anglosaskich jednak z każdym rokiem głośniej o nim w mediach, czy w supermarketach. Na szał porównywalny do amerykańskiego raczej nie mamy co liczyć, bo zbyt mocno zakorzenione w naszej kulturze jest obchodzenia dnia wszystkich świętych, ale zawsze możemy w przeddzień zabawić się w ten nowoczesny rytuał choćby w postaci adekwatnego seansu filmowego. I z tej właśnie okazji postanowiliśmy przypomnieć przerażające dzieło Johna Carpentera pt. "Coś". Tematyka nie jest może stricte "Halloweenowa" ale już bodźce serwowane przez film potrafią mocno prześcignąć psikus za brak cukierka.

Tytułowe "Coś" bardzo ciężko zdefiniować. Jest to dziwny twór pochodzący najprawdopodobniej z kosmosu, który nieznanym trafem znalazł się na Antarktydzie. W tym samym miejscu grupa amerykańskich naukowców stacjonuje w bazie polarnej. Ich uwagę przykuwa uciekający pies przed helikopterem z którego  mierzą do niego, jak się potem okazuje badacze norwescy. Koniec końców, owy pies zostaje przygarnięty przez amerykanów i jak się później okazuje nie był to najlepszy pomysł. Dlaczego? Bo potem jest już tylko kupa napięcia dla widzów i masakry dla postaci.


Główną rolę zagrał ulubieniec reżysera z tamtego czasu - Kurt Russell. Był to bardzo dobry wybór. Jego charyzma w połączeniu z charakteryzacją uosabiającą po prostu silnego faceta dała idealny efekt. Oglądając film, wierzymy, że tylko on jest w stanie podjąć choć częściowo walkę z "czymś". Reszta obsady nie wyróżnia się tak jak główny bohater ale nikt nie jest absolutnie dla niego tłem. Każda postać wydaje się być w tym filmie potrzebna i odgrywa istotną rolę. Bohaterowie są zapamiętywalni przez to, że każdy z nich posiada inne cechy i nie jest nam obojętny ich los. A owy los bywa dla nich bardzo...urozmaicenie nieprzyjemny :)

Najmocniejszą stroną tego filmu jest jego klimat. Klimat przez naprawdę duże "K".Od początku do końca czujemy niepokój i stopniowane napięcie. Umiejscowienie opowieści w odludnej bazie na zimny lądzie było strzałem w dziesiątkę. Bohaterowie muszą liczyć tylko na siebie a jest to tym trudniejsze, że "coś" może zrobić coś nieprzewidywalnego - związanego z bohaterami. Klimatowi pomaga fantastycznie skonstruowany scenariusz. Oddaje on maksymę klasyka - zaczyna się od trzęsienia ziemi a potem napięcie już tylko wzrasta. Na wielkie słowa uznania zasługuje reżyseria dorównująca kroku skryptowi. John Carpenter stworzył według nas swoje najlepsze dzieło. Mający niedawno premierę prequel, choć wcale nie jest złym filmem, to jednak próżno w nim szukać nastroju dorównującego oryginałowi. W nowej części chociaż efekty były robione o wiele nowocześniejszymi technologiami to dla nas stara szkoła jest jak na ironię, kilka kroków przed. Na ogromne brawa zasługują specjaliści od efektów specjalnych, nie mający wtedy dzisiejszych komputerów i możliwości technicznych. Skoro już piszemy o efektach, to pociągniemy ten wątek, bo to bardzo istotna składowa tego klasyka. Podobno najbardziej boimy się na horrorach tego czego nie widać. Zgodzimy się z tym, bo odpowiednie napięcie, styl kręcenia i przede wszystkim towarzysząca fabuła są w stanie perfekcyjnie oddać taki efekt. Jednak "Coś" oprócz powyższych składników przeraża również  tym co ewidentnie widać. A czemu przeraża? Dlatego, że serwowane nam przez film sceny z tak zwanym "cosiem" są ohydne, wstrętne i powodujące sensacje żołądkowe. Nie wiemy czy bardziej przerażające są same sceny, czy wyobraźnia osób kreujących owe sekwencje :) Życzymy powodzenia na scenach z "pieskiem" bądź "pajączkiem". A osobom naprawdę wrażliwym, to życzymy powodzenia na całym filmie ;) Zapomnielibyśmy o innym czynniku budującym klimat. Muzyka! Ennio Morriccone skomponował bardzo proste partie, jednak genialnie dopasowane do tego gatunku. Motyw przewodni, słuchany nawet po seansie wprowadza dreszcze i stawia przed oczami najbardziej frapujące sekwencje filmu.


A zatem, drodzy widzowie. 31 października skombinujcie sobie jakąś płytę z filmem "Coś",wygodnie usiądźcie przed telewizorem. W celu uzyskania lepszego klimatu, zgaście sobie wszelkie światełka, postawcie na środku stołu dynię i wciśnijcie "play". Zaręczamy, że jeśli postawiliście sobie za punkt honoru, godnie celebrować Halloween i mówiąc kolokwialnie, "zesrać się na horrorze" to zapewniamy, że trzeba będzie sprawdzić stan papieru toaletowego i zaopatrzyć się w nową odzież "dolną". A jeśli panowie planują randkę z dziewczyną i seans ma być jej jednym z punktów to gwarancję przytulania ze strony partnerki macie jak w banku. Chyba, że i owi panowie będą tulić się ze strachu do dziewczyn. Wyłączenia tej wstydliwej nieco opcji, zagwarantować już nie możemy ;)

Jeżeli wieczór Halloween chcecie spędzić bez atrakcji które napisaliśmy wyżej to dobrą alternatywą może być przełączenie się na Canal +, które zapewnia tej nocy grozę na wesoło. Wybór należy do Was ale pamiętajcie - twardymi trza być a nie miętkimi ;)

Szczegółowy plan wieczoru HALLOWEEN:
18:00 – Wampiry i świry
19:25 – Simpsonowie XXIII odc. 3
21:00 – PREMIERA: Stan Helsing
23:05 – PREMIERA: SuperDeser: Noctua
23:40 - Diabeł



Dwayne & Hudson



niedziela, 28 października 2012

Skyfall - zachwyt spadający z nieba [ Z Pełnym Filmem ]



W tym roku filmowa seria z Jamesem Bondem obchodzi swoje 50 - lecie. Akurat tak się złożyło, że do kin weszła kolejna odsłona przygód najsłynniejszego agenta brytyjskiego wywiadu MI6. Po części jest to wina problemów finansowych wytwórni MGM, a po części będący konsekwencją tych problemów zamysł twórców. Faktem pozostaje, że taka okazja miała uczynić najnowszą odsłonę wyjątkową.

"Skyfall" bo o nim dzisiaj będziemy pisać, jest trzecią już częścią przygód z udziałem Daniela Craiga. Dwie poprzednie części ustawiły wysoką poprzeczkę, z dużym wskazaniem na Casino Royale. O ile Casino Royale przyjęło się nad wyraz dobrze wyłączając oczywiście ortodoksyjnych fanów starej konwencji, o tyle Quantum of Solace spotkało się z dużą krytyką, również w przypadku fanów Casino. Dla nas pierwsza część z Craigiem była prawdziwym arcydziełem, lecz uważamy, że Quantum, również było produkcją niezwykle udaną i świetnie się na nim bawiliśmy. Wybrany na stanowisko reżysera Sam Mendes, stanął przed trudnym zadaniem, musiał połączyć najlepsze składniki z Casino Royale z ikonicznymi elementami z klasycznych części i sporą dawką akcji. Na początku obawialiśmy się, że ten reżyser może nie sprawdzić się w takim kinie. Należy dodać, że był to jego debiut w wysokobudżetowym kinie akcji. Nie będziemy trzymać już w tajemnicy, że Mendes spisał się doskonale. Istotnie połączył to co najlepsze w nowym Bondzie, dorzucił swój charakterystyczny, dramatyczny styl i z szacunkiem obszedł się ze starą klasyką. Z jednej strony, Bond pije Martini, wstrząśnięte niezmieszane a z drugiej nie przebiera się za krokodyla czy inne ptactwo. Perfekcyjnie wyśrodkowany szacunek z nowoczesnością.



Obsada w "Skyfall" podobnie jak w poprzednich Bondach jest na najwyższym poziomie. Daniel Craig stworzył tutaj najlepszą swoją kreację jak do tej pory. Jest w dalszym ciągu przekonujący w scenach akcji oraz w dynamicznych dialogach, ale dzięki Mendesowi ma szansę zaprezentować obszerny rys dramatyczny. W rolę M ponownie wciela się Judi Dench i ponownie nie zawodzi. Pierwszy raz w Bondzie pojawia się Ralph Fiennes i my kupujemy go bez dyskusji. W czarny charakter wcielił się Javier Bardem. I tutaj nasze oczekiwania były bardzo wysokie. Pamiętamy jego genialną rolę w filmie "To nie jest kraj dla starych ludzi", gdzie wcielił się w psychopatycznego debila. W "Skyfall" kreuje bardzo podobną rolę. Jest przerażający przez to, że jego bogata paleta różnorodnych zachowań utrudnia rozpoznanie jego autentycznych zamiarów. Posiada on dodatkowo, pewną przypadłość. Nie zdradzimy jej, ale dostrzegamy w tym zabiegu ukłon w stronę klasycznych Bondowskich przeciwników.
Ostatnim elementem obsady są oczywiście postacie kobiece. W "Skyfall" musimy szczerze przyznać, że żadna z pań nie zrobiła na nas dużego wrażenia pod względem kunsztu aktorskiego. Jeśli jednak wyróżnić to Berenice Marlohe wygrywa aktorsko jak i pod względem elementu estetycznego z Naomi Harris.



Jeżeli chodzi o fabułę to jest ona zaskakująca i nie chodzi tylko o standardowe zwroty akcji. Chodzi przede wszystkim o cały klimat filmu, bardzo odbiegający od poprzedników. Żeby nie pozostać gołosłownymi zdradzimy fakt, że Bond się starzeje i być może nawet roni łzy. Należy dodać, że nie jest już tak brutalny jak w części poprzedniej, gdzie eliminował prawie każdego kto stanął mu na drodze. Zmiana tego zjawiska wynika z dokończenia sprawy z Vesper znanej z Casino Royale. To co mocno rzuca się w oczy to to, że najnowszy Bond jest oparty na scenariuszu - nie na karkołomnej akcji. Nie zrozumcie nas źle. Akcji jest dużo i to akcji w najlepszym wydaniu, jednak wszystko to co się dzieje na ekranie ma związek przyczynowo - skutkowy. Nie ma zbędnego efekciarstwa, jest surowa efektowność. Sam Mendes stworzył po prostu Bonda kompletnego. Wyeliminował elementy, które są w filmach o agencie MI6 po prostu śmieszne i niepotrzebne, a dodał do niego takie składniki, które sprawiają, że ogląda się go naprawdę z wielką przyjemnością. Dużą zasługą w tym, że najnowszy Bond wygląda tak dobrze jest również jego fenomenalny scenariusz, który pokazuje nam postać agenta z zupełnie innej strony.

"Skyfall" trzyma bardzo wysoki poziom realizacyjny, również pod kątem technicznym. Perfekcyjnie zaaranżowane sceny akcji, wsparte świetnym udźwiękowieniem ilustrują nam cudowne zdjęcia. Najbardziej docenić je można w scenie rozgrywającej się w wieżowcu w Szanghaju. Niesamowite wrażenie robi inspirowana chińskim teatrem cieni bójka na tle szklisto - niebieskich neonów. Duże wrażenie zrobiła również na nas końcowa lokacja  w Szkocji. Mglisty, klimat idealnie współgra z obecnym wtedy na ekranie wątkiem opowieści. Podobnych do tej scen jest w filmie o wiele więcej, lecz nie będziemy ich wszystkich opisywać. Do gustu przypadła nam muzyka, z jej wiodącym elementem czyli piosenką tytułową "Skyfall" w wykonaniu Adele. Towarzysząca piosence czołówka świetnie ją dopełnia i klimatycznie wprowadza w nastrój filmu.



Najnowszy Bond to kawał świetnego filmu. Nowatorskie podejście do tematu i zrobienie z niego niemalże dramatu sensacyjnego 100% trafia w nasze gusta. Skala świeżości podejścia do tematu dorównuje tej osiągniętej w Casino Royale. Na pochwałę zasługują również klasyczne elementy, pozwalające "nie pogubić się" fanom klasyki w tej nowej konwencji. "Skyfall" to tak naprawdę film dla każdego. Składniki jakie w nim znajdujemy - szybkie sceny akcji, wątki romantyczne, dramatyzm jak i kluczowy dla filmu wątek relacji Bonda z M, tworzą gatunkowy majstersztyk. Zalecamy wam popędzić czym prędzej do kin i z jednej strony zachwycić się tym dziełem na wielkim formacie, a z drugiej przekazać przy pomocy portfela wiadomość do twórców - Takiego Bonda jak i takie kino akcji pragniemy oglądać.

Dwayne&Hudson

piątek, 26 października 2012

Nowy, lepszy Pajęczak [ Z Pełnym Filmem ]


Lato 2012 przyniosło do kin filmy z superbohaterami. Oglądać mogliśmy takie produkcje jak "Avengers", "Mroczny Rycerz Powstaje" czy miejący premierę pośrodku tych tytułów "Niesamowity Spiderman". I to właśnie tej ostatniej pozycji dzisiaj się bliżej przyjrzymy. Batmana recenzowaliśmy wcześniej a na "Avengers"  być może przyjdzie czas w przyszłości.

Nie mieliśmy wielkich oczekiwań co do tego filmu, toteż obejrzeliśmy go bardzo niedawno. Innym powodem  zwlekania z zabraniem się za nowego "pająka" była nasza niechęć do remake'ów. O samej idei zjawiska "remake" być może napiszemy w innym tekście. Jak się pewnie domyślanie nie będzie on należał do pozytywnie ocenianych przez nas zjawisk. Tym samym już w tej chwili możemy Wam zdradzić, że "Niesamowity Spiderman" z pewnością nie znajdzie miejsca w tym tekście. Dlaczego? Odpowiedź jest genialna w swojej prostocie - bo to po prostu dobry remake jest :)

Poprzednie części w reżyserii Sama Raimiego nie wywarły na nas dużego wrażenia. Co do jakości poszczególnych odsłon, mamy dość odmienne zdanie. Jeden z nas uważa część drugą za najsłabszą, natomiast ten drugi za najlepszą :) Który jest którym - to nasza zagadka na dziś :P A teraz bardziej serio. Pomimo podziału zdań na temat części, obaj twierdzimy, że nie są to filmy najwyższych lotów w przeciwieństwie do najświeższej odsłony. Na tle starej trylogii "Niesamowity Spiderman" wyróżnia przede wszystkim zwycięzcą castingu na główną rolę. Tobey był raczej tragiczny jako superbohater. Andrew jest nie tylko znacznie lepszy ale bardziej pasuje do roli nastolatka. Jest bardziej naturalny, nie jest smętny, co więcej jest znacznie bardziej ekspresyjny w kostiumie pająka. Uogólniając kwestię tej roli, "Spiderman" uzyskał całkiem nową świeżą twarz, bardzo potrzebną tej serii. Reszta obsady również robi lepsze wrażenie. Zarówno wujostwo Parkera jak i jego miłość Gwen Stacy. Nie dość, że Emma Stone jest znacznie przyjemniejszym elementem estetycznym od Kirsten Dunst, to rozpisanie i interpretacja roli jest ciekawsza i przyjemniejsza w odbiorze. Najnowsza odsłona może też według nas poszczycić się najciekawszym antagonistą - Jaszczurem. Grający go Ifans jest przekonujący, charakterystyczny i niejednoznaczny. Ponadto animacja komputerowa jaszczura robi duże wrażenie, tym bardziej w połączeniu z widowiskowymi pojedynkami z pająkiem.


Strona techniczna - czyli konik blockbusterów. Jest idealna. O animacji czarnego charakteru już pisaliśmy. Napisać musimy jednak, że to nie największa zaleta. Bardzo duże wrażenie robią zdjęcia przedstawiające pająka śmigającego pomiędzy drapaczami chmur Nowego Jorku. Musiało to naprawdę dobrze wyglądać w 3D - w takich scenach ten efekt ma prawdziwą rację bytu. Ponadto każdy pojedynek, pościg czy każdego rodzaju scena akcji - są dopracowane i miażdżą wręcz poprzednie odsłony. Na uwagę zasługuje też dźwięk i muzyka. I tutaj ciekawostka. W ścieżce dźwiękowej pojawia się nie znany szerzej utwór Coldplay z płyty X&Y. Jaki? To zagadka na dzień kolejny ;)

Na zakończenie naszego wyjątkowo zagadkowego wywodu skupimy się na fabule i ogólnym klimacie filmu. Fabuła jest jak na film tego typu zajmująca a pomaga jej w tym wyjątkowo udany, mroczniejszy klimat. To wielki plus dla tej produkcji ponieważ nie wygląda ona jak film dla dzieci. Może również trafiać do szerszej publiki, a bardziej wiekowi widzowie nie będą mieli poczucia oglądania infantylnej bajeczki jak to zwykle bywa w filmach o superbohaterach. Na pewno ogromna w tym zasługa scenarzystów jak i reżysera Marca Webba. Mamy wrażenie, że skręcił on nieco w styl Nolana znany z trylogii o Batmanie. Oczywiście nie jest to kubek w kubek to samo ale ma elementy charakterystycznego dla stylu powyższego artysty.
Czy ten film Wam polecamy? No to jest zagadka tygodnia :) Ale po przeczytaniu tej recenzji powinniście mieć znacznie ułatwione zadanie.
Dwayne & Hudson


niedziela, 21 października 2012

Sala Samodebilizmu [Z Pełnym Jajem]


Kilka dni temu pisaliśmy o filmie "Jesteś Bogiem". Twórcy tej produkcji rok temu stworzyli inny film, który podobnie jak najnowsze ich dzieło zbierał bardzo pozytywne uczucia. I w tym miejscu należy oddać twórcom, że podjęli się bardzo poważnego problemu, jakim jest alienacja się młodych ludzi w wirtualnym świecie. Niestety wyszło im to tak kiepsko, że produkcja "Sala Samobójców" trafia u nas do działu "Z Pełnym Jajem".

Zaczniemy od głównej roli, która dla wielu osób jest bardzo udana. Jakub Gierszał według nas nie stworzył roli udanej. Stworzył rolę raczej udawaną. Takie określenie trafnie oddaje wykonaną pracę przez aktora, pełną drewniactwa. Do pełnego, leśnego otoczenia, zabrakło jedynie drwala z toporem. Najbardziej utkwiły nam w pamięci sceny dialogowe z Sylwią. Tak mocno anty - aktorskiego rzemiosła polecamy szukać w niskobudżetowych produkcjach, gdzie twórców nie stać na ubrania. Jeśli jednak wykonywali oni w 100% polecenia reżysera, to tym gorzej bo reżyser również należy do wystroju tego zagajnika. Reszty obsady czepiać się nie będziemy, bo chociażby kreujący role rodziców głównego bohatera Pieczyński wraz z Kuleszą spisali się dobrze. Jedyne co możemy im wytknąć to podpisy na kontraktach do udziału w takim filmie. Rozgrzeszać ich może tematyka, która jest autentycznie mocną stroną filmu.

Kolejną zasługującą na baty recenzenckie kwestią jest wkomponowanie w film dziwnych efektów specjalnych, którymi są komputerowe światki imitujące popularny serwis "Second Life". Wszystko fajnie, ale za fajnie to jednak nie wygląda. Jak już się bawić w takie coś to z precyzją, a ten Mario Bros na kompie reprezentuje coś pomiędzy Pegazusem, a Nintendo. Może my jakoś mocno się nie znamy, ale wykreowanie takiego czegoś, nie wymaga chyba, jakiś wielkich umiejętności dla profesjonalnych grafików. Dla nas wyglądało to tak, jakby kilka osób grało sobie w wyżej wymienionego "Second Life'a" i podłożyło do niego głosy głównych aktorów. W dodatku te osoby dysponowały przedpotopowym kompem i netem zdolnym do odpalania kalkulatora w sieci i tej własnie gierki. Przy okazji zastanawiamy się jak trzeba mieć nasrane we łbach, żeby zamieniać, realne życie na jakieś popierdalanie w sieci wykreowanym badziewiakiem i szukaniu bliższych relacji z innymi skreowanymi badziewiakami. Mówimy tu  już o patologicznych przypadkach. Patologów z "Second Life" serdecznie pozdrawiamy.


Również scenariusz autorstwa samego reżysera, nie powala na kolana. Styczność z ziemią w skali skoku Felixa Baumgardtnera można osiągnąć po poznaniu kilku genialnych pomysłów. Wśród nich bryluje genialna decyzja rodziców nicponia Dominika, aby odłączyć mu internet w krytycznym momencie jego psychopatycznych spazmów. Ekspertami od rodzicielstwa nie jesteśmy, ale w takiej sytuacji odcięlibyśmy chorego od sieci nieco prędzej... "Spodobał" się nam również wątek homoseksualny. Fajnie, że twórcy zamieścili w tym filmie kolejny bardzo aktualny problem, lecz niestety tutaj nie jest on zupełnie potrzebny. Robienie z głównego bohatera geja, najprawdopodobniej miało na celu jedynie stworzenie kontrowersyjnej sytuacji, która jak wszyscy doskonale wiemy sprzedaje się w naszym kraju idealnie.
Sceny, które również zaliczyć można do tej kategorii to: wyważanie przez policję drzwi, które w 3/4 stworzone są z tytanu, a zaledwie w 1/4 zbite z namokniętego "paździocha", darcie ryja przez kochanego urwisa, przez telefon do swojego szofera, które klasyfikuje tą postać jako totalnego debila oraz hasło "Dominiku witam Cię w Sali Samobójców" - zwrot sam w sobie w porządku, ale z intonacją Gąsiorowskiej, wręcz parodystyczny.
Te sceny oraz wiele innych znajdziecie w "Sali Samobójców", lecz przed seansem radzimy skonsultować się z lekarzem lub farmaceutoą, ponieważ każda minuta tego filmu zagraża, Waszemu  życiu psychicznemu i zdrowiu ogólnemu.

"Sala Samobójców" mogła być filmem bardzo dobrym. Niestety cały potencjał wylądował w takiej samej sali i poszedł się... przejść. Film leży od scenariusza, przez aktorstwo, "efekty specjalne" aż po sam scenariusz. Nie przepadamy za remake'ami, ale fabuła jest tak aktualna i ważna z socjologicznego punktu widzenia, że należałoby się według nas z tym tematem zmierzyć w innym zespole twórczym. Jeżeli zmianie ulegną wszystkie niedociągnięcia i drzwi to może wyjść naprawdę dobre kino, wyrzucające z pokojów choć część chorych osób. Tutaj niestety tej siły brak. Jeśli jednak film wpłynął pozytywnie na życie psychiczne choć części ludzi przyjmujących pożywienie przez dziurkę od klucza, to za to twórców możemy uczciwie i bez żadnych podtekstów pochwalić.
Dwayne&Hudson

czwartek, 18 października 2012

"Jestem Bogiem" - dla nas niespecjalnie...[ Co w filmie piszczy ]


Film który dzisiaj oglądaliśmy nie znajdzie się ani w dziale "Z pełnym Filmem" ani "Z pełnym jajem". Niemniej jest to tak gorąca premiera i tak chętnie oglądana przez polaków, że uznaliśmy, iż wyrazimy swoje zdanie na jego temat i wrzucimy do do działu "Co w filmie piszczy". Choć oczywiście zdajemy sobie sprawę, że od samej premiery minęło już troszeczkę czasu.

"Jesteś Bogiem" to historia początków legendarnej w naszym kraju grupy Paktfonika. Dla wielu osób może to być film bardzo ważny ze względu na odsłonienie kulis rodzenia się zespołu który trwale miał zapisać się w dziejach polskiej muzyki hip-hopowej. Dla widzów postronnych obraz ten na pewno nie będzie miał takiej siły oddziaływania. My jako ta druga grupa przyjrzeliśmy się temu filmowi tylko i wyłącznie pod względem stricte filmowym. I cóż...Nasze wrażenia pełne zachwytów nie są. Po pierwsze nie lubimy hip-hopu. Ani tego zza oceanu ani tego znad Wisły. Słyszeliśmy kilka kawałków Paktofoniki i delikatnie mówiąc nie zrobiły na nas dobrego wrażenia. Mówiąc dobitniej w ogóle się nie nam nie podobają i nie znajdujemy w nich głębszej wartości. Sam zmarły lider grupy- Piotr "Magik" Łuszcz nigdy nie będzie dla nas postacią zasługująca na kult podobny do tego obecnego u fanów zespołu. Z całym szacunkiem dla świętej pamięci muzyka, nie imponuje nam postać zażywająca narkotyki, zdradzająca żonę i finalnie osieracająca dziecko. Nie sposób było nam nie wyrazić zdania na temat przy okazji tego filmu. Nie będziemy jednak dalej kontynuować tego wątku bo chodzi jak sami napisaliśmy o sam film.

To za co możemy pochwalić całe przedsięwzięcie to na pewno warstwa aktorska. Zarówno znane polskie gwiazdy jak i młodzi aktorzy wcielający się w trójkę muzyków stanęli na wysokości zadania. Z najbardziej znanych twarzy najwięcej do grania dostał Arkadiusz Jakubik który dawno temu udowodnił, że dobrym aktorem jest. Tutaj nie zawodzi. Z trójki głównych bohaterów najbardziej przypadła nam do gustu rola Tomasza Schuchardta. Wojciech "Fokus" Alszer jest najbardziej wyrazistą postacią na ekranie. Najlepszym momentem z jego udziałem jest złapanie mikrofonu i pełnokrwisto-dykcyjne recytowanie tekstu. Jego największa wyrazistość może brać się z samego charakteru Fokusa który do pokornych ludzi nie należy. Wielkie brawa należą się również Marcinowi Kowalczykowi za interpretację Magika. Miał on najtrudniejsze zadanie przed sobą, gdyż mierzył się z postacią legendarną w świecie hip-hopu. Miał oczywiście utrudnione zadanie gdyż, nie mógł obserwować zachowań charakterystycznych dla Magika, co było możliwe dla kreujących Fokusa i Rahima. Skoro o tym ostatnim mowa, to jego postać wypada najsłabiej z całego trio. Zaryzykujemy nawet stwierdzenie, że może nawet z całego filmu. Choć to w dalszym ciągu niezła rola. Niedosyt pozostawia bardzo krótka rola Marcina Dorocińskiego, na którego osobie niejako prowadzono kampanię reklamową, ponieważ w każdej zajawce filmu pojawiał się fragment z nim na ekranie. Cóż, taka to rola reklamy. Na pochwałę zasługują też zdjęcia wraz ze scenografią, dobrze ilustrujące szarość śląskiego blokowiska z którego pochodzili muzycy. Ciekawostką może być to, że w filmie widzowie mogą zobaczyć część klipu piosenki "Jestem Bogiem".



Niestety na tym plusy filmu się dla nas kończą. Podstawową skazą jest dla nas sama fabuła, zupełnie nie wciągająca nas jako postronnych widzów. Niestety nie pomaga sposób narracji który jest chaotyczny i potraktowany nieco po łebkach. Mamy wrażenie, że film jest zbyt krótki i niektóre wątki potraktowano po macoszemu. Czasami ciężko zorientować się o co w danym momencie chodzi. Być może, należałoby obejrzeć film jeszcze raz ale nie będziemy oszukiwać i napiszemy, że "bez szans". Kolejną wadą jest dla nas muzyka. My naprawdę nie możemy tego słuchać, a co dopiero mówić o sytuacji gdy jest ona w tak dużej ilości w przeciągu 2 godzin. Oczywiście jest to wada z naszego punktu widzenia antyfanów gatunku. Zdajemy sobie sprawę, że dla miłośników tych dźwięków będzie to prawdziwa gratka. Ale dla nas? Cóż, dla nas...nie. Film posiada też kilka scen, nieco sztucznych. Np. podczas pierwszego występu grupy, gdy publika domaga się występu Kalibra. Wygląda to tak : wychodzi 3 ludzi, jeden coś tam śpiewa, publika go zagłusza, on schodzi razem z kumplem, zostaje Magik, przebija się przez tłum, rymuje i nagle dostaje brawa. Może i tak było aczkolwiek ciężko nam uwierzyć w taki zwrot sytuacji. Można to wytłumaczyć faktem, że Magik jako częśc Kalibra zaspokoił żądzę publiki. Mogło im się nie podobać towarzyszenie mu przez dwóch nieznanych ludzi. Kwestia do interpretacji dla widza. My uważamy, że to zabieg filmowy, nie do końca jednak udany w sensie realizmu.

Jak podsumować film jako całość? Na pewno nie jest to produkcja dla nas. Nie angażuje nas przez kontekst historii lidera jak i całej grupy Paktofonika. Nie broni się też w naszych oczach jako film fabularny. Momentów przykuwających uwagę jest bardzo mało. Film wydaję się też przykrótki ze względu na gatunek biograficzny. Nie wyjaśnia najistotniejszej kwestii, dlaczego Magik targnął się na życie. W filmie przedstawiono to w sposób chyba zbyt prosty. Nie wydaje nam się, że głównym powodem były relacje z żoną. Wątek narkotykowy jest omijany bardzo szerokim łukiem i siłą rzeczy nie stanowi o jednym z powodów załamania nerwowego i jego problemów.
Nie możemy polecić tego filmu osobom które nie są fanami Paktofoniki bo najpewniej, tak jak my będą podczas seansu znudzeni. Jedynym powodem dla którego warto przysiąść na seans jest świetna gra aktorska. Fanom polecamy ze względu na muzykę i przynajmniej częściowy rys biograficzny ich idola. Ale czy film przedstawia prawdę? No pewnie jak to film w dużej części nie. W jak dużej? Tego nie wiemy. Przekonać musicie się sami. My Paktofonikę odstawiamy na poprzednie miejsce - dno szuflady.
Dwayne & Hudson